niegotowość

wódka wbija mi się w tył przełyku
rozbija mi ból dziąsła na syk dymu
szybkie połknięcie śliny

chcę znaleźć te twoje cienkie papierosy
trzymać ten sam kształt w palcach tak innych
ułożyć dłoń w ten sam kształt dłoni
co nie tak dawno opuszkami muskała moje

czy całe życie to jeden wielki zbieg okoliczności

szczere szanse zmarnowane przez niegotowość
zbyt dobre wątpliwości i zasznurowanie ust
chęci brukujące piekło bo nigdy nie zdradzone

wiem że jesteś najlepszą rzeczą dotąd niepoznaną

i może to nasze spotkanie miało właśnie takie być

treściwe platoniczne na zawsze i nigdy niespełnione

słodkie jak piołun gorzkie jak miód

Reklamy

tętnica

idę w ciemność pokoju
z rozedrganym różem u skosu szyi
trzymam w ustach kolejny stek słów
przetrawionych wyplutych i jeszcze raz

połkniętych za szczelną zosłoną palców

idę w ciemność pokoju
z kolanem co mi strzela miarowo
pyk pyk ciekawe co robi teraz twoje
czy do kogoś przytula się w jeansie
prześwituje spomiędzy fałdów ubrania
nieskromnie rozkłada się na oparciu
a może o biurko opiera się wśród ud
rozchylonych jak płatki lilii wokół słupka

ach

dlaczego słyszę twoje słowa dlaczego nawiedzasz mnie

czy kiedykolwiek śniłeś o mnie czy kolejna noc jest bezsenna
rozbita na kilka oddechów szybki łyk wody
zmęczony wzrok wbity o trzeciej w lustro nad umywalką

kocham cię i ciąży mi to zdanie jak kamień
co jak Syzyf toczę i toczę sama nie wiedząc
czy kiedykolwiek dam radę je wydusić odłonić się
dać się ośmieszyć tą miękkością podbrzusza
błyskiem kłów wbitych w skórę z tętnicą pod spodem

buzującą życiem

dialog

mówię zamiast ciebie
snuję własny dialog na głos

chodzę po mieszkaniu i opowiadam sobie
słowa lecą ze mnie jak krew z nosa
pach pach pach czemu nie mogłam 2 miesiące temu

czemu tyle we mnie siedzi
czemu to wszystko wylewa się ze mnie
ciągnie ropą przetrawionym tłuszczem
zeschłą myślą podszytą tęksnotą

nie mogłam znieść twojego gadania
srattrtattarttatta na okrągło

odpychałam cię kolanem kopałam na drugi koniec pokoju

teraz stoję przy oknie toczę rękę między skronie

czy dasz mi się jeszcze ze sobą spotkać?
czy mam już kolejny spalony most oto przed sobą?

łowy

kratka koca i ciepło palonego drewna
idę za tobą niestrudzenie krok w krok

w myślach przemierzając step i rzekę
mając za sobą łopot flag krzyk ptaków
skradam się raniąc stopy o korzenie
wystające pędy zakręty pełne wnyków

ale twoje ślady bielą się na tym śniegu
zostają obrysem buta włosem na krawędzi
płaszcza co leży pierzyną na moim

czekam a minuta ciągnie się za minutą

spoglądam w niebo i klęcząc liczę gwiazdę za gwiazdą
raz za razem nie mogąc ustać już dłużej w miejscu
to czekanie jest gorsze od bólu co rozrywał mi nieraz
bok co dławił mi sen nie dawał zastygnąć w bezruchu

czy to ja cię łowię? czy to ty bawisz się mną?

problem

zastanawiam się

czy myślisz o moich wargach

o długopisie wciśniętym pomiędzy zęby
spojrzeniu rzuconym przez ramię
gdy słońce rozświetla włosy

czy łapiesz szczęście

nie widząc mnie tuż obok siebie

może wcale za mną nie tęksnisz
i każdy dzień mija ci na uśmiechu
na pełnym nadziei wdechu wydechu

bo jeden problem odpadł już z gry

czekam

nie wiem czy kiedykolwiek się spotkamy

czy kiedykolwiek wcześniej też tak czułeś

z bólem u progu żeber
patrzę w przyszłość
i z twoim cieniem z tyłu głowy
zastanawiam się
myślę
planuję coś co może nigdy się nie zdarzy

nigdy nie powtórzy

ale może właśnie o to chodzi
może to tylko jedna szansa na życie

i cieszę się

tak bardzo się cieszę że się nam wydarzyła
choć łzy toczą się tą myślą